AVION oslavil své druhé výročí
Poslední večer se konal v pátek 27. března a byl to večer vskutku slavnostní. Slavily se druhé narozeniny AVIONU. V programu PROSTÁ HISTORIE: V TĚŠÍNĚ ŽIL KOHN se hovořilo opět dvojjazyčně, tentokrát polsky a v jidiš. Spoluzakladatelka kavárny, která není Renata Putzlacherová se před rokem stěhovala do Brna a loučila se s AVIONEM.
Alice Jarnotová: Co je u vás od té doby nového?
Renata Putzlacherová: Zjistila jsem, že ve směru Brno-Český Těšín jezdí denně pět vlaků, takže to odloučení není tak drastické. Jsem prostě "víkendová Těšíňačka". Cítila jsem se tady již vnitřně naplněna a mám pocit, že touhle změnou jsem uzavřela jednu životní etapu. Zjistila jsem, že hledání a stesk je pro mě velmi inspirující. Když se dívám svět z dálky, vidím ho zbavený všednosti a každodenní šedi, obalený sentimentem a v růžových barvách.
Po poslední sbírce Markétka hledá Mistra jsem i dočasně změnila literární žánr. Začala jsem se v Brně spíše realizovat jako překladatelka. Spoluredigovala a překládala jsem antologii mladé polské poezie s názvem Bílé propasti (HOST-WELES 1997), a to poprvé z polštiny do češtiny. Na srpen se snažíme spolu s Bogdanem Trojakem zorganizovat v Praze a Brně setkání mladých polských a českých básníků.
Nejvíc mě však baví realizovat komorní autorská představení v podobě hudebně-poetických pořadů typu Kavárny AVION. Je to inspirující, naplňující, dělám to s láskou a jsem šťastná, že znám tým lidí, kteří jsou "ze stejného těsta".
Alice Jarnotová, Svoboda Ostrava 30.3. 1998
Wspomnienie o W.A. Bergerze
Nie w klubie Teatru Cieszyńskiego, jak do tej pory, lecz w galerii Strych odbędzie się w sobotę 13 czerwca kolejne spotkanie w czeskocieszyńskiej Kawiarni AVION. A będzie tym razem poświęcone pamięci zmarłego w styczniu br. pisarza Wiesława Adama Bergera, który 6 czerwca obchodziłby swoje 72. urodziny.
Scenariusz przygotowanego z tej okazji spektaklu pn. Księga o nieumieraniu, czyli Dzisiaj miałbym urodziny opracowała na podstawie książek, rękopisów i listów autora Renata Putzlacher. Oprócz niej wezmą udział w spektaklu Alina Farna-Podskalska i aktorzy Sceny Polskiej TC oraz 4-osobowy zespół muzyczny pod kierownictwem Zbigniewa Siwka.
Będzie też można w AVIONIE obejrzeć wystawę prac plastycznych żony W.A. Bergera, Helgi, która jest również autorką oprawy plastycznej całości. Organizatorami wieczoru są: Kongres Polaków w RC, Towarzystwo AVION, OKT Strzelnica oraz Teatr Cieszyński.
Jacek Sikora, GL 11.6. 1998
 Wiesław Adam Berger (foto: Wiesław Przeczek)
Wszystko było O.K.
Adamowi Bergerowi (1926 - 1998) in memoriam
Motto: "Mój syneczku, po filmie "Postrzyżyny" pozwoliłeś mi w ten zabawny sposób zwracać się do Ciebie. "Jak się czujesz, syneczku?" zapytałam w październiku. "Mamusiu, popatrz, ledwo powłóczę nogami, przytul mnie." Patrzę na Twoje zdjęcie i tulę Cię do siebie. To nasze wspólne zdjęcie z Kerska, Ty w fotelu, ja na jego oparciu, śmiejemy się. /.../ Chodź, usiądziemy sobie na ławeczce, Ty mi znowu opowiesz o tym, co Cię boli, a ja usunę wszystkie Twoje troski jednym skinieniem ręki, tak jak robiłam to nieraz. Pomogło, prawda? A teraz opowiadaj. Na przykład tamtą włoską historyjkę. Lubię słuchać
jak opowiadasz. Ale jeśli jesteś senny, będę czytać Twoje książki. Cichuteńko, żeby Cię nie zbudzić. Syneczku, już Ci lepiej? Ściskam Cię - Twoja filmowa "mamusia"
(list otwarty aktorki Magdy Vašáryowej do Bohumila Hrabala po jego śmierci w lutym 1997 roku)
Adasiu,
nie mogę mojego ostatniego wspomnienia o Tobie - bezbarwnego, bo jak tu ująć na martwym papierze Twoją barwną postać - napisać inaczej niż w formie listu. To Ty, niewolnik pióra i kartki papieru, chociaż właśnie swemu pisaniu zawdzięczałeś błogie chwile wolności w najgorszych czasach, nieustannie zasypywałeś swoich przyjaciół listami-reportażami, listami-apelami, listami-wyznaniami. Na Twój ostatni list, zatytułowany jak zwykle "Madame" (już nikt tak o mnie nie napisze) nie odpowiedziałam. Mogłabym się zasłaniać oklepanym "nie zdążyłam". A jednak prawda jest inna - w kołowrocie świtów i zmierzchów po prostu nie znalazłam czasu na to, by na chwilę przystanąć, porozmawiać. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą... Dziś siedzę trochę bezradna wśród Twoich zdjęć, książek - ostatnia, wydana w 1996 roku w Katowicach, nosi tytuł ZA PÓŹNO - i piszę ten spóźniony list. Już go nie przeczytasz, a ja, paradoksalnie, dopiero teraz chciałabym Ci powiedzieć, jak bardzo byłeś dla nas ważny.
Dzisiaj miałbyś urodziny... Podczas naszego ostatniego spotkania - już po powrocie z wyprawy zaolziańskich pisarzy do Lyonu i Twego ukochanego Villard de Lans - obiecałam Ci, że nasze tegoroczne urodziny będziemy świętować wspólnie, w gronie przyjaciół. To Ty nie dotrzymałeś słowa, w lutym udałeś się w swoją ostatnią podróż. Z tą, która przyszła po Ciebie... A kiedy do mnie przyjdzie ta z kosą, / Niech będzie ładną, młodą, bosą, / Abym nie słyszał zawczasu / Stukania jej obcasów. (Jan Sztaudynger). Oto dewiza Twojej powieści IDĘ. CON-COR-DE, która kończy się słowami: Umrzeć muszę w Villard de Lans, w Alpach, pod Szczytem Dwa Tysiące chcę mieć swój grób... I widzisz, teraz już oboje wiemy, że życie to nie literatura, pożegnaliśmy Cię na cmentarzu w Ostrawie. A ja, podróżująca nadal pomiędzy dwoma miastami i trzema Rzekami, Olzą, Svitawą i Svratką, dziękuję Bogu, że moje tegoroczne urodziny mogę obchodzić w ten sposób. Świętując Twoje. Symbolicznie przejmując pałeczkę w maratonie, który trwa tak krótko. Za krótko, żeby zdążyć wszystko przeczytać, wszystko opisać...
Byłeś moim najstarszym przyjacielem po piórze i podobnie jak ja, czerwcowym Bliźniakiem, tyle że dzieliła nas, bagatela, różnica 40 lat… Wśród pisarzy zaolziańskich byłeś jednak najmłodszy duchem. Jako nasz 70-letni "nestor" brylowałeś na benefisie zaolziańskich ludzi pióra w kawiarni AVION w czerwcu 1996 roku. Impreza ta nosiła tytuł Kolumbowie rocznik ...6 (doszłam bowiem do wniosku, który wart był imprezy - sześciu naszych pisarzy - Berger, Przeczek, Kaszper, Horzyk, Jedzok, Putzlacher - ma na końcu daty urodzenia szóstki), a jej tytuł zawdzięczałam pewnej powieści i Twoim Indianerom, jednemu z niewielu wierszy, jakie wydrukowałeś (mawiałeś o nich "proza w słupku"): Coraz nas mniej na naszej DRODZE / jednak nadal uparci tu tkwimy / śląskie Indiany, ostatnie Mohikany... Zrozumieliśmy wówczas, że Amerykę można odkryć nawet w takim mieście jak Cieszyn (Těšín, Teschen) i to w 500 lat po Krzysztofie Kolumbie, wystarczy tylko bardzo chcieć. Los chciał, że w październiku 1997 roku czterech "Kolumbów" pojechało odkrywać Francję w ramach pierwszej historycznej wystawy książek pisarzy zaolziańskich w Lyonie, zorganizowanej przez tamtejszy Konsulat Generalny RP. Dla Ciebie była to podróż sentymentalna do miejsc ukochanych, do raju Twej młodości, którego nie ominęło wojenne piekło. Gdy dziś wspominam tamten wspólny tydzień, widzę, że stał on pod znakiem pożegnań. Wszystko nas żegna. Ludzie, trawa, kwiaty - pisałeś w powieści OKAY - Drzewa kołyszą się w ciepłym wietrze na pożegnanie. Tylko Alpy stoją niewzruszone. Bije od nich blask. Już nigdy ich nie zobaczę... I widzisz, zobaczyłeś jeszcze raz Francję, Lyon, Alpy i Villard de Lans, miejscowość, która powraca we wszystkich Twoich powieściach i opowiadaniach. Twoje alpejskie Macondo...
Pamiętasz, kiedy się poznaliśmy? W Twoim powracającym raz po raz monologu w trakcie wielogodzinnej podróży, która była JEDNĄ WIELKĄ RETROSPEKCJĄ, padło i to pytanie. To już piętnaście lat... Tak, pamiętałam moje pierwsze entrée (jak tu nie używać francuskich określeń, które tak lubiłeś) w 1983 roku - jako siedemnastoletnia laureatka dorocznego konkursu literackiego czułam się nieswojo w zdecydowanie męskim gronie literatów. Widząc moją speszoną minę w trakcie odbierania nagrody, mrugnąłeś do mnie porozumiewawczo i powiedziałeś: Wszystko będzie O.K.… Dla mnie byłeś wówczas wielce zasłużonym, choć późno debiutującym klasykiem z pokolenia "pierwszolotowców", które było zmuszone podejmować najtrudniejsze decyzje artystyczne na Zaolziu; autorem książek ŚWIERSZCZE W GŁOWIE (WL, Kraków, 1979), ZMYSŁY (Śląsk, Katowice, 1981), IDĘ. CONCORDE (Czytelnik, Warszawa 1984) i przygotowanej do druku powieści na temat lat wojny i młodości we Francji, OKAY (Śląsk, Katowice, 1988). Paradoksalnie prawie w ogóle (poza nielicznymi publikacjami prasowymi) nie znano Twego dorobku po drugiej stronie Olzy. Po długim okresie anatemy pierwszy zbiór Twoich opowiadań MOST NAD ŁUCYNĄ ukazał się tu dopiero w 1987 roku. Twoje nieodłączne "O.K." i zawadiacka czapka z daszkiem odmładzały Cię, dodawały Ci niezapomnianego uroku. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze lepiej czułeś się w gronie młodszych, nawet o parę generacji, kolegów, bo towarzystwo rówieśników wyraźnie dodawało Ci lat. Z nami nie musiałeś rozmawiać o tych, co właśnie odeszli, o chorobach, porażkach, niezrozumieniu i konieczności "trafiania pod strzechy". Jako rasowy czerwcowy Bliźniak zawsze trafiałeś w sedno. Do serc tych, którzy byli ulepieni z tej samej gliny. Nie darmo nosiłeś imię biblijnego Adama.
Byłeś Europejczykiem, zanim termin ten stał się u nas modny i byłeś w Europie, zanim zaczęto szafować hasłem, "wchodzenia" do niej. Mawiałeś babcia Europa, nadal podminowana, taka sobie BABCIA-TITANIC. W "Nowych Książkach" (nr 11/1989) napisano o Tobie: Patrzy na problemy swojej 'małej ojczyzny' z pozycji Europejczyka, co pozwala mu uniknąć pułapki regionalizmu, wyzbyć się kompleksu prowincji. W jego przekonaniu powinno być nawet odwrotnie - to Europa musi zbliżyć się do Łucyny, chcąc zachować swoją tożsamość, swój materialny i duchowy byt. Dzięki Twoim książkom zrozumiałam w czasach hołdujących pustosłowiu, że tolerancja i humanizm nie są słowami na wiatr. Po prostu miałeś je w swoich skomplikowanych genach. Nasza wspólna wielokorzenność, austriackie i kresowe korzenie były dla nas wielkim odkryciem. Różniliśmy się od autochtonów, choć urodziliśmy się na Zaolziu. Mogłem zostać we Francji albo w Anglii - powtarzałeś niejednokrotnie - Mogłem zostać nadal amerykańskim żołnierzem i chociaż wówczas nie bardzo rozumiałem, co to jest Zaolzie, wróciłem, bo musiałem, tu był i jest mój dom… Tęsknota była silniejsza ode mnie. A wiedziałem, do czego wracam - było wiadomo, że tu ukręcą nam łeb. Jestem włóczykijem, należę do ludzi, którzy tak w Pradze jak w Warszawie, Krakowie, Wiedniu, a nawet Paryżu czują się jak w domu, ale z a w s z e t u w r a c a m. Adamie - przypinano Ci niejednokrotnie metkę kosmopolity - jaki jest rodzaj żeński od "włóczykija"? Czy to nie Ty powiedziałeś, że zatoczyłam symboliczne koło? Moi przodkowie wyruszyli z austriackiego Grazu do ukraińskiego Stanisławowa, gdzieś po drodze zostali Polakami i gdyby nie podzielono Cieszyna, do którego przywędrował mój dziadek, dzieje mojej rodziny byłyby już proste. Rok temu przeniosłam się do Brna. Zatoczyłam krąg. Ile stąd kilometrów do Grazu? Do Cieszyna to tylko 200 km. Z a w s z e t u w r a c a m ...
Dla Ciebie Francja była krajem powrotów, nazywałeś ją ojczyzną swoich marzeń. Berger to po francusku "pasterz". Twój nowy image (dostojna, siwa broda) przypominał do złudzenia zabawnego Pana Boga z komiksów francuskiego rysownika Jeana Effela. Pasterz Adam i jego owieczki - przemknęło mi przez głowę w trakcie naszej długiej podróży komiksowe skojarzenie. Pamiętasz, kiedyś powiedziałam Ci, że przez swoje zabawne rozkojarzenie i bezradność życiową przypominasz mi pijane dziecko we mgle. Nawet ta mgła przytrafiła Ci się we Francji, zasnuwając słaby wzrok. W drodze z Lyonu do Grenoble z okien naszego mikrobusu podziwialiśmy cudowne alpejskie szczyty, a potem, pnąc się w górę po stromych górskich serpentynach, zachwycaliśmy się malowniczością niemal odciętego od świata Villard de Lans, w którym rozpocząłeś swoje studia gimnazjalne pod bacznym okiem dyrektora Ernesta Bergera, który był Twoim stryjem. Kontynuowałeś je potem w podparyskim Houilles, a następnie, już po powrocie na Zaolzie, w Orłowej. Widziałam Twoje wzruszenie i na chwilę, choć my, Ślązacy, wstydzimy się tkliwych gestów, uścisnęłam Twoją drżącą rękę. Ta wycieczka była dla mnie zadośćuczynieniem za podróż sentymentalną z moim dziadkiem do jego rodzinnej Izydorówki koło Stanisławowa, której nigdy nie odbyłam. Zmarł w wieku siedemdziesięciu paru lat, tyle że ja byłam o te 10 lat młodsza i mało jeszcze wiedziałam o powrotach do miejsc ukochanych. Dziadek więc udał się sam w swoją najdłuższą podróż, nie zobaczywszy przed śmiercią Kresów. Na mogile w Villard de Lans widnieje wśród nazwisk rozstrzelanych uczniów polskiego gimnazjum nazwisko Zdzisława Hernika, niemal rówieśnika dziadka, który urodził się w Stryju koło Stanisławowa. A jednym z tutejszych profesorów był matematyk Mól ze słynnej Kołomyji. Stamtąd z kolei wywodziła się moja babcia, matka mojej matki. Świat jest mały...
Ty wypatrywałeś alpejskich wodospadów ze wspomnień i ze swej powieści, i legendarnych narcyzów na zboczach gór, nie przyjmując do wiadomości, że mamy jesień. Powieściowe Villard pachniało przecież sianem i narcyzami! Wreszcie zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia pod tablicą umieszczoną na dawnym Hotel du Parc, w którym od października 1940 do czerwca 1946 mieściło się Twoje Liceum Cypriana Norwida, jedyna polska szkoła średnia w okupowanej Europie. Patrzę na te zdjęcia, na każdym, Adasiu, obejmujesz ramieniem po przyjacielsku jednego z nas. Gdyby istniała Republika Przyjaciół, byłbyś jej ambasadorem. Tęskniłeś do spotkań w przyjacielskim gronie, do bezkonfliktowej atmosfery i klimatów, których pozbawione były wszelkie zebrania, sesje i zjazdy. Pamiętam, jak ożywiłeś się w trakcie aksamitnej rewolucji, po raz kolejny uwierzyłeś w hasła o wolności, równości i braterstwie. Nie na długo. Byłeś jednak wraz kolegami po piórze na historycznym zjeździe nowej Gminy Pisarzy Czeskich, a w sierpniu 1990 roku podczas zebrania założycielskiego Zrzeszenia Literatów Polskich w Republice Czeskiej zostałeś jego pierwszym prezesem. Nie mogłeś tylko zrozumieć pogłębiających się podziałów wśród polskich pisarzy i tego, że próbowano w te rozgrywki wciągać również nas, jakbyśmy nie mieli dosyć kłopotów po tamtej stronie rzeki, która dotąd dzieliła dwa tak bliskie narody.
Kochałeś kobiety, te najlepsze stworzenia pod słońcem. Pełno ich w Twoich opowiadaniach i powieściach, nawet po kobiecemu upersonifikowałeś swoją Rzekę: Łucyna jak to kobiety cała w nastrojach kapryśna szczupła i ziemię rodzinną: czuję wspaniały, wieczny zapach swojej ziemi, w której jak w uścisku dziewczyny zniknę na zawsze, by stać się jej cząstką. Przy Tobie każda kobieta czuła się piękna i niepowtarzalna, a przynajmniej, w wypadku dużej dozy samokrytycyzmu, potrzebna. Nieraz prosiłeś młodsze koleżanki i kolegów o podwiezienie to tu, to tam, o zorganizowanie promocji, o skład komputerowy kolejnych opowiadań. Robiłeś to w sposób tak uroczy, że trudno Ci było odmówić. Miałeś wierne grono pomocnych 30-, 40-latków, rzecz to niespotykana w dzisiejszym zagonionym świecie. Świadectwem takiej bezinteresownej pomocy jest Twój tomik - opowiadanie MARIENBAD (Ostrawa, 1995), który po płonnych obietnicach różnych wydawców ujrzał światło dzienne dzięki inicjatywie Twoich przyjaciół z prawdziwego zdarzenia. Jednym z bohaterów jest sędziwy Goethe, stary człowiek, który szuka swojej młodości. W wierszu Krzyżacy napisałeś: Jestem tu / bez lancy i konia / z kasztanem w pięści... Byłeś jednym z ostatnich rycerzy, nieco staroświeckim i zakompleksionym - wreszcie zrozumiałem, że nie jestem Don Juanem, a Don Kichotem i pojąłem różnicę. Nosiłeś w sobie odziedziczony kult kobiety, byłeś szarmancki i myślałeś, że tak postępują wszyscy mężczyźni, bo taki był Twój ojciec, którego niejednokrotnie opisywałeś. Kiedyś Twój samochód wpadł na brzozę przed moim domem, a Ty jako niepoprawny idealista nie dumałeś o kosztach tej stłuczki, tylko powiedziałeś z troską w głosie: Pomyśl, co powiedzą ludzie, stary Berger rozbija się pod Twoim domem. Kiedy po jednej z imprez literackich pod nieobecność Twojej uroczej żony i córek odprowadzałyśmy Cię z koleżanką do samochodu, a byłeś Adasiu mistrzem długich pożegnań, jeden z polskich kolegów zapytał, jak się załatwia taką damską eskortę literacką. Trzeba być chorym, niegroźnym staruszkiem, odpowiedziałeś pół żartem, pół serio. Trzeba być Mistrzem Życia, pomyślałam.
Po wydaniu ostatniego mojego tomiku Małgorzata poszukuje Mistrza (jakoś mi nieśpieszno do następnych - nagłe odejście mego tłumacza, Ericha Sojki i niedawną śmierć mojego drogiego Mecenasa i niedoszłego wydawcy, Macieja Słomczyńskiego, znakomitego tłumacza Szekspira i Joyce'a, odebrałam jako znaki z "tamtej strony" - stos osieroconych wierszy leży teraz w szufladzie, a ja, wierna przyrzeczeniu danemu nieobecnym Przyjaciołom, tłumaczę wiersze i piszę scenariusze) zrozumiałam, że Twoją ukochaną postacią był Mistrz. Bezradny, prześladowany, zastraszony, nie z TEGO świata. To Ty jak nikt inny rozumiałeś dylematy zawarte w tym zbiorku (dopiero po latach przecież znalazłeś swoją Małgorzatę-Malarkę), Ty chciałeś tylekroć rozmawiać o Bułhakowie, literaturze, o miłości i śmierci. Po namyśle doszłam więc do wniosku, że powinnam opublikować Twój piękny list na temat roli artysty - ten list nie jest prywatny, powinien być własnością Twoich czytelników, tak jak stosy nie opracowanych na razie rękopisów. Dzisiejszy wieczór, który jest m.in. moją osobistą rozmową z Tobą (jak może nie być OSOBISTY - tu zwracam się do moich potencjalnych krytyków - kiedy wszystko, co robię, robię CAŁĄ SOBĄ, spalając się; Adam to rozumiał, też był czerwcowym Bliźniakiem), jest również spóźnionym zadośćuczynieniem. Nie zobaczyłeś swoich utworów na scenie. ZA PÓŹNO…?
Nie jestem pewna, czy wierzyłeś w Niebo. Pustka i nicość, takie były Twoje ostatnie słowa na temat życia pośmiertnego, pozostawione na biurku. Kiedy jednak czytałam Twoje rękopisy, znalazłam ładną metaforę Twojego "teraz" - Chodzę w górze po mostach teatralnej sznurowni, nad sceną. Na dole leci przedstawienie. Tu sztuka staje się życiem - życie zaś sztuką. W czasie pomiędzy kontrolowaniem reflektorów słyszę słowa, strzępy sztuki. Tu w górze rozumiem ich sens, znam aktora sprzed i spoza kurtyny, i stąd go głębiej rozumiem, i nie tylko aktora, również autora, bo mogę do niego wracać, czytając scenariusz. Tak się złożyło, że oboje byliśmy pracownikami teatrów, Ty byłeś elektrykiem-oświetleniowcem w Ostrawie, ja kierownikiem literackim Sceny Polskiej Teatru w Czeskim Cieszynie, o którym pisałeś, że jest poza Trójkątem Bermudzkim (czyli nieformalną, przyjacielską grupą, którą tworzyli Władysław Sikora, Bronisław Liberda i Kazimierz Jaworski) jedyną instytucją na Zaolziu, którą się kocha. Pomimo że mieszkałeś w Ostrawie, regularnie przyjeżdżałeś do Czeskiego Cieszyna na spotkania w kawiarni poetyckiej AVION, podobała Ci się jej polsko-czeska formuła i klimaty. Twoją siedemdziesiątkę połączoną z promocją tomiku opowiadań ZA PÓŹNO, który wydało Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Katowicach (po "aksamitnej rewolucji" zostałeś jego członkiem i poznałeś Przyjaciela, Stanisława Krawczyka, do którego jeździłeś, aby popłakać do westy, jak wspomina W. Sikora w swojej Ojcowiźnie) świętowaliśmy "u Adama" w winiarni "Balladé". Trzeba nadal pisać swoją książkę o NIEUMIERANIU, powiedziałeś na koniec.
Chciałbym jeszcze w tym roku obchodzić razem z przyjaciółmi swoje urodziny, tak jak niedawną siedemdziesiątkę. Może w AVIONIE lub w "Balla-dé"? Obiecałam przy świadkach, że Ci je zorganizuję. I widzisz, tym razem przenieśliśmy się z piwnicy teatralnej na strych. Bliżej Ciebie i "tamtej strony", bliżej Rzeki, bliżej dawnego AVIONU, którego nie ma. Ciebie też nie ma, niedawno zmarł prof. Edmund Rosner, miniony okres był w ogóle czarnym rokiem dla Zaolzia i Śląska. Co się to porobiło na świecie - mówiłeś - zmarła Ania Filipek, Franciszek Świder, Władek Młynek, a ja, stary, wciąż się tu jeszcze poniewieram. Nie umiałeś się starzeć, byłeś zły na ułomne ciało, w którym kołatał się i ciągle Cię niepokoił wiecznie młody duch. Nasilające się raz po raz objawy astmy i postępująca zaćma były powodem Twego pesymizmu. Jedynym azylem było dla Ciebie pisanie. W MARIENBADZIE znalazłam następujący fragment: W tym jasnym domu pisze Abraham te swoje utwory; mają one coś wspólnego ze ścierniskiem, po którym chodzi się wczesnym rankiem boso. Bo to i ból, ale też przyjemność, ścierniska - zdarza się - pachną macierzanką, a rosa to miód dla obolałych nie tylko nóg, ale i serc. Cóż, kiedy musiałeś pisać coraz większymi literami. W trakcie naszego ostatniego, przedsylwestrowego spotkania w gronie "lyończyków", uczestników wyprawy do Francji, pokazywałeś nam list francuskiego konsula RP, Wojciecha J. Podgórskiego, napisany bardzo dużą czcionką na urzędowym papierze. Piękny to był gest, a Ty, już po operacji oka, byłeś dobrej myśli i planowałeś jeszcze jedną wyprawę do Lyonu i alpejskiego Villard de Lans, tym razem w gronie najbliższych. A przecież w trakcie swej jesiennej podróży sentymentalnej do miejsc młodości mówiłeś, że to już Twoja ostatnia wyprawa. Wszyscy uspakajaliśmy Cię na wyrost, żebyś nie zapeszył.
Byłeś mistrzem długich pożegnań, a odszedłeś tak nagle... Szczerze żałuję, że nie posiedzieliśmy wszyscy dłużej w winiarni "Balladé". Żegnaliśmy się z Tobą po paru godzinach, Ty z wdziękiem posłusznego dziecka zjadałeś swoją tradycyjną zupę czosnkową. Taki pozostaniesz w mej pamięci... Każdy z nas śpieszył się jak zwykle do swych "bardzo ważnych spraw". Tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze - mówi poeta Twardowski - najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje. Rok temu, w lutym, zmarł Twój ulubiony pisarz, Bohumil Hrabal. O ile istnieje Niebo Pisarzy, w którym z całą pewnością nie ma granic i podziałów, wierzę, że siedzicie teraz przy jednym stoliku, a niebiańskie muchy wpadają Wam do pilznera. Chciałabym choć na chwilę podsłuchać Waszą rozmowę - teraz już, Adasiu, na pewno wszystko wiesz i rozumiesz cały ten pomylony świat.
Po raz pierwszy byłam w Twoim domu w Ostrawie dopiero niedawno. Był to niezapomniany wieczór z Twoją niezwykłą żoną-malarką i córką-studentką (wydział reżyserii DAMU). Dyskutując o dzisiejszym spotkaniu zgadzałyśmy się co do joty, jakby ktoś nam dyktował z góry, co jeszcze mamy zrobić. Wszystkie postaci z mego scenariusza z Don Kichotem na czele zobaczyłam na rysunkach i obrazach pani Helgi; okazało się, że nawet symboliczna pajęczyna, którą sobie wymarzyłam na naszej scenie-strychu, wisiała na ścianie. Doszłam do wniosku, że Twoja Malarka musi się podzielić swoim bogactwem z widzami. Stary Szekspir, którym pasjonuje się z kolei Ewa, często powracał w Twoich utwo rach. Nie umiem być Hamletem, chociaż nim jestem... Nie darmo oglądałeś jego dzieła w swoim teatrze przez całe życie. Cały świat to scena, a ludzie na nim to tylko aktorzy. Bardzo lubię ten monolog z Jak wam się podoba. Mowa w nim o różnych rolach w siedmioaktowym dramacie żywota. Poznałam Cię, Adamie, gdy grałeś swój piąty, dojrzały akt, ja wchodziłam w drugi z torbą na książki, z buzią jak wypucowane poranne niebo. Widziałam w Tobie mojego dziadka, ojca, doświadczonego kolegę po piórze, pomimo łobuzerskiej pozy, którą zacierałeś wszelkie różnice generacyjne. Czas płynął, ja dojrzałam, a Ty wszedłeś w akt ostatni, który kończy dziwną i pełną zdarzeń akcję sztuki: nowe dzieciństwo, gdy traci się pamięć, zęby, smak, włosy, wzrok - i w końcu wszystko. Echo tych słów znalazłam w Twoich ZMYSŁACH: mieliśmy do siebie blisko - starzec i dziecko. Dziecko we mgle... Po raz pierwszy tak dobitnie zrozumiałam tę przedziwną zamianę ról - opiekując się Tobą wraz z gronem młodszych przyjaciół, spłacaliśmy bezwiednie dług wdzięczności. Po Twojej nagłej śmierci pierwszą moją lekturą był list aktorki Magdy Vašáryowej do Bohumila Hrabala, znacznie od niej starszego. Syneczku, już Ci lepiej? Wierzę, Adasiu, że wreszcie odpocząłeś, wolny od wszelkich stereotypów, metek i dogmatów, że odnalazłeś swoją pierwszą ukochaną kobietę-opiekunkę, Twoją Matkę, która nosiła imię biblijnej prakobiety. By wypełnić lukę w obsadzie naszego spektaklu, pozwoliłam sobie nieudolnie wcielić się w Jej postać.
Scenariusz do dzisiejszego spektaklu (miał być wieczór wspomnień, zrobił się spektakl, prawda, że czerwcowe Bliźnięta są nieobliczalne?) pisałam w maju. Przez cały tydzień żyłam jak w transie, z dala od rodziny i przyjaciół, wśród Twoich wszędobylskich książek, maszynopisów i listów. Wstawałam o różnych porach i siadałam do komputera (za każdym razem, gdy drukowałam kolejną stronę, korzystałam z przycisku "OK" i wydawało się, że komputer porozumiewaczo do mnie mruga), Twoje postaci bowiem zaczynały żyć własnym życiem i panoszyć się w mojej głowie jak hałaśliwe świerszcze. Okazało się, że kochaliśmy tylu podobnych artystów, te same miasta - Kraków, Pragę i Paryż... Nie ma już Zbyszka Cybulskiego, nie ma Tadeusza Nowaka, nie ma Piotra Skrzyneckiego i Agnieszki Osieckiej. Pomyślałam, że świętując Twoje urodziny można ich przywołać, przypomnieć. W paru zdaniach, w wierszu, w piosence... I nagle zrozumiałam nasze szczęście, szczęście ludzi, których ciągle coś niepokoi, fascynuje i wzrusza do tego stopnia, że muszą przelewać życie na papier. By się podzielić. Nawet wtedy, a może dopiero wtedy, gdy już będą "po tamtej stronie". Twoja pisanina wzbogacała Cię w trakcie aktu twórczego, potem wzbogaciła mnie w trakcie tworzenia scenariusza, który ze względu na wielość materiału mógł być o wiele dłuższy (może będą powstawały kolejne?) Wzbogaciłeś artystów - dla tych, którzy znali Cię od lat, udział w dzisiejszym wieczorze był niejako moralnym obowiązkiem - stokrotne dzięki im za to - a najmłodsi, Ci, którzy Cię nie znali, dali się ponieść Twojej wyobraźni już w trakcie pierwszej próby w moim jeszcze pełnym Twoich książek domu i od razu pożyczali je ode mnie. Powoli więc zdobywasz kolejnych czytelników. W trakcie "urodzin" na Strychu, na których nie mogło zabraknąć Twojego napoju życia - czerwonego wina, jako nieobecny gospodarz wzbogacisz również Twoich bliskich i przyjaciół. Zawsze myślałeś, że to mało - to dużo, jak na jedno pracowite życie...
W jednej z Twoich książek znalazłam dedykację, którą odbieram teraz jak przesłanie: Dziękuję Ci za wszystko, bo zawsze było O.K.… To ja dziękuję Ci za wszystko, bo już nigdy nie będzie tak O.K. na spotkaniach i wycieczkach bez Ciebie. U nas, na obrotowej scenie, która jest światem, po staremu, życie płynie dalej, rodzimy się i umieramy, trwa kołowrót świtów i zmierzchów, jak w Twoich powieściach, które nam zostawiłeś, a do których wszyscy teraz wracamy. A więc jednak Twoje za grobem zwycięstwo…
Do zobaczenia - kiedyś - "po tamtej stronie"
Renata Putzlacher, edice AVION 13.6. 1998
Spisovatel Berger byl Don Quijote, ale i Sancho Panza
Jola Tajná: Proč se tentokrát AVION přestěhoval z místa, na které si lidé zvykli, a to z klubu Těšínského divadla na půdu Kulturního a společenského střediska Střelnice v Českém Těšíně?
Renata Putzlacherová: Večery v kavárně AVION měly až do současnosti punc jisté elitnosti. S ohledem na omezený počet míst si hosté museli rezervovat vstupenky a ne na všechny se vždycky dostalo. Totéž by se určitě stalo v případě večera věnovaného Wieslavu Adamu Bergerovi. Proto jsem se obrátila na ředitelku Střelnice Gertrudu Chowaniokovou, která nám vyšla maximálně vstříc, a tak se celá akce mohla uskutečnit v nedávno otevřené prostorné Galerii Půda. Musím říct, že jsme našli opravdu ideální místo, navíc když se děj KNIHY O NEUMÍRÁNÍ odehrává na půdě plné vzpomínek a rekvizit. Poprvé v dějinách kavárny AVION jsem tak napsala scénář, který nebyl volným literárně-hudebním pásmem, ale divadelním představením.
Měli jsme s Adamem společné i kořeny - spletité a mnohonárodnostní. Dále nás pak pojily takové vlastnosti jako smysl pro toleranci, lásku k bližnímu a nenáviděli jsme jakoukoli nesnášenlivost. Dalo by se říct, že jsme vedli literární dialog a cítím se být v symbolickém smyslu jeho pokračovatelkou - idea mnohonárodnostního AVIONU je toho dokladem.
J.T.: Nedílnou součástí večera byla i výstava prací Helgy Bergerové. Ke spolupráci byli pozváni také zajímaví hosté…
R.P.: Helga Bergerová, Adamova druhá manželka, malovala a kreslila vše, o čem její muž psal. Obrázky Helgy a fotografie Adama od Wieslawa Przeczka, které jsme rozmístili na Půdě, krásně spolukomponovaly celou atmosféru večera. V programu vystoupili například sopranistka Alina Farná-Podskalská, režisér a herec Karol Suszka, který přijel z polského Plocka a herci polské scény TD. Stejně jako hudební doprovod tvořily tři generace - Bronek Liberda, Zbyšek Siwek a náctiletá Tamara Czudková, mnohogenerační bylo i publikum, v němž nechyběli i diváci z Norimberku, Antverp a Neapole. Adam totiž dovedl oslovit lidi nezávisle na jejich věku.
Jola Tajná, Moravskoslezský den Ostrava 23.6. 1998
Kavárna AVION spojí Brno s Těšínem
Už neexistující kavárna AVION v Českém Těšíně se stala inspirací divadelního projektu, který v neděli uvede brněnské Divadlo Husa na provázku. Jeho autorkou je polská básnířka Renata Putzlacher-Buchtová.
Před lety jsem přespala v brněnském hotelu Avion na České ulici a napadla mě souvislost obou poetických míst, vysvětlila básnířka překvapivé spojení dvou měst. Trojjazyčné nápisy na ochozu kavárny u těšínského hraničního přechodu - Kawiarnia - Kaffeehaus - Kavárna AVION vyjadřovaly, že v Těšíně žili vedle sebe před válkou Židé, Němci, Poláci i Češi, a korespondují podle Putzlacherové také s předválečným vícenárodnostním charakterem Brna.
Polský program se pravidelně střídal s českým, jeden jsme například věnovali příběhu těšínského Žida. Stvořila jsem fiktivní postavu houslisty Kohna, který hrával u těšínského mostu a podchodu, kde zpívávala i bláznivá Markéta, upozornila Putzlacherová na kresby těchto postav výtvarníka Ladislava Szpyrce, který začal doplňovat výtvarnou stránku pásma.
V Brně se diváci seznámí s úryvky ze tří předešlých programů, v nichž hraje důležitou roli také židovský humor. Poslední část pořadu inspiroval můj příchod do Brna, kam jsem se přestěhovala před dvěma lety. Do budoucna chci přichystat pouze brněnský AVION a přivézt ho zase těšínskému publiku, říká Putzlacherová, kterou láká i scénická práce. Často sama chystám rekvizity nebo vybírám kostýmy, přiznala se.
V programu by se mělo objevit prolínání smíchu a slz, deprese a euforie, hořkosladký svět, typický právě pro židovskou kulturu, který souzní s tvorbou básnířky.
AVION není jenom divadelní kavárna se stálým repertoárem, ale sdružuje i partu lidí, kteří mají rádi poezii, hudbu a humor. Pod touto hlavičkou vznikla i literární edice.
zen, MF Dnes Brno 28.11. 1998
 Hotel Avion na České ulici v Brně
V kavárně AVION zněla polština a jidiš
V kavárnu AVION se v neděli večer změnila sklepní scéna Divadla Husa na provázku. Herci těšínského divadla přivezli na jeviště střípky představení s názvem V KAVÁRNĚ AVION, KTERÁ NENÍ aneb MEZI TĚŠÍNEM A BRNEM autorky a realizátorky Renaty Putzlacher-Buchtové. Její polské i české verše zhudebnil Zbigniew Siwek, jehož hudební trio společně s kapelou Kamraci doprovázelo v komponovaném pořadu herce i samotnou autorku.
Na počest kavárny, která není a aby se nezapomnělo na to, co bylo, se několikrát do roka scházejí příznivci Kavárny AVION na domovské scéně na severu Moravy. V neděli poprvé do ní mohli nahlédnout i Brňané. Zcela zaplněný sál byl s představením v polštině, češtině a jidiš spokojený.
ota, Jihomoravský den Brno 1.12. 1998
|